Ziarnko do ziarnka...

Ziarnko do ziarnka...

... a zbierze się miarka. To ważna prawda życiowa. Cierpliwie odkładając niewielkie sumy można zebrać sporą kwotę. To magia. Magia procentu składanego. W przypadku pieniędzy cierpliwość jest cnotą, której nie sposób przecenić.

Blisko połowa dorosłych Polaków posiada zadłużenie kredytowe

Blisko połowa dorosłych Polaków posiada zadłużenie kredytowe

Co gorsza, jedynie co dziesiąty udzielany w Polsce kredyt przeznaczony jest na cele mieszkaniowe. Jesteśmy zatem społeczeństwem konsumpcyjnym, które w dodatku ma coraz większe problemy z regularną spłatą swoich zobowiązań.

Kart kredytowych używa aż 40% Polaków

Kart kredytowych używa aż 40% Polaków

I choć plastik ten potrafi być bardzo przydatny, to nieumiejętne z niego korzystanie może łatwo wpędzić w kłopoty. Wydawanie wirtualnych pieniędzy przychodzi nam niezwykle łatwo, spłacić trzeba już niestety realną gotówkę.

Prowadzenie budżetu domowego to podstawa na drodze do wolności finansowej

Prowadzenie budżetu domowego to podstawa na drodze do wolności finansowej

Równoważenie przychodów gospodarstwa domowego z kosztami jego funkcjonowania to rzecz znacznie trudniejsza niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. A bez wypracowania stabilnej comiesięcznej nadwyżki trudno marzyć o finansowej wolności.

Nie bójmy się rozmawiać o pieniądzach

Nie bójmy się rozmawiać o pieniądzach

W naszej kulturze rozmowy na ten temat wciąż pozostają tematem tabu. A jeśli już rozmawiamy, to staje się on najczęstszym powodem kłótni i rozwodów. Zmieńmy to! Dyskusje o sytuacji finansowej, zwłaszcza z najbliższymi, powinny być tak naturalne jak wspólne domowe posiłki :)

 

Jan Kulczyk. Biografia niezwykła.

coffee-1242653_1920
Wiadomość o śmierci Jana Kulczyka zastała mnie w trakcie porannego śniadania. Ta postać fascynowała mnie od dawna, śledziłem uważnie poczynania miliardera i po cichu marzyłem o powieleniu jego niekwestionowanego sukcesu. Nie ma sensu tego ukrywać – zwyczajnie mu zazdrościłem. Żona zażartowała, że oto zwolniło się dla mnie pierwsze miejsca na liście najbogatszych Polaków 🙂 Ach, gdyby to było takie proste…

Moja wyobraźnia zadziałała jednak szybko. Myślami przeniosłem się do przestronnego gabinetu. Wysokie na cztery metry ściany ozdobione sporych rozmiarów obrazami z wizerunkami przodków. Wszystkie oprawione w masywne złote ramy, które dodawały im powagi. Pośrodku lśniące mahoniowe biurko, z lampką z zielonym kloszem, charakterystyczną dla kancelarii prawniczych. Przed nim luksusowy fotel, który aż zaprasza, aby w nim usiąść i pracować. W rogu, tuż obok podręcznej biblioteczki, kilkuosobowy stół konferencyjny, służący szybkim naradom z najbardziej zaufanymi współpracownikami. Jest też naturalnie kącik dla gości – wygodne skórzane fotele i kanapy sąsiadujące z niewielkim, acz bogato wyposażonym barkiem. Przez duże panoramiczne okna można wyjrzeć na urządzony w stylu angielskim ogród. Jego widok uspokaja i potrafi pozytywnie nastroić przed podjęciem kluczowych decyzji biznesowych. A tych jest przecież każdego dnia bez liku.

Dopiero po dłuższej chwili wyrwałem się z tej zadumy i zmotywowany marzeniami szybko ruszyłem do swoich codziennych obowiązków. Dzieje doktora Jana, jak ponoć nazywali go zaprzyjaźnieni przedsiębiorcy i politycy, zaprzątały jednak moje myśli przez kilka kolejnych dni. Jan Kulczyk od kilkunastu lat przewodził liście naszych najzamożniejszych rodaków. Skala prowadzonych przez niego biznesów niejednego przyprawiała o zawrót głowy. I choć jak sam przyznawał, pierwsze poważne pieniądze na rozkręcenie biznesu otrzymał w prezencie od swojego ojca, to już tylko swoim umiejętnościom zawdzięcza pomnożenie ich do rozmiarów wręcz niewyobrażalnych – ostatnie szacunki mówią o kwocie ponad 15 miliardów złotych! Od samego myślenia o takiej fortunie może się zakręcić w głowie.

O jego przedsięwzięciach słyszał każdy, kto choć trochę interesuje się naszą gospodarką. Kto się nie interesuje, też o nich słyszał, a jedynie nie kojarzy ich z nazwiskiem Kulczyka. Trudno oczywiście wymienić w tym miejscu wszystkie interesy, w których miał swój udział, kilka z nich było jednak kluczowych dla jego biznesowej kariery, dlatego nie sposób o nich nie wspomnieć. Zaczął w 1981 roku zakładając polonijną firmę Interkulpol, działającą głównie na rynku niemieckim. Handlował wszystkim, na co tylko było zapotrzebowanie. Po kilku latach, w roku 1998, dzięki licznym znajomościom w Niemczech, został pierwszym oficjalnym dealerem samochodów marki Volkswagen w Polsce. Interes szedł dobrze, ale momentem przełomowym biznesu było zamówienie ok. 3 tysięcy samochodów tego producenta przez Policję oraz Urząd Ochrony Państwa. Po takim „złotym strzale” na jego konto trafiły olbrzymie pieniądze, dzięki którym mógł wypłynąć na szerokie wody.

Posiadając już zgromadzony całkiem poważny kapitał i coraz to szerszy krąg znajomości, mógł z powodzeniem wziąć udział w prywatyzacji Browarów Wielkopolskich, co otworzyło mu drzwi do największych tego świata. Wraz z nim w transakcji wziął bowiem udział SABMiller – drugi pod względem wielkości przychodów browar na świecie. Inny potentat – France Telekom – dołączył do Holdingu Kulczyka przy prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej. Kolejne wielkie transakcje związane są z inwestycjami w Polską Telefonię Cyfrową, Towarzystwo Ubezpieczeniowe Warta, PKN Orlen, Autostradę Wielkopolską, czy ostatnio Ciech. Do tego dochodzą oczywiście liczne inwestycje zagraniczne, głównie związane z ropą naftową, gazem i energetyką, działające między innymi w Nigerii, Peru, Kolumbii, Rumunii i Tunezji. Innym obszarem zainteresowań Holdingu są nieruchomości – spółka zajmuje się biurowcami, zarówno w Polsce, jak i na przykład w Dubaju.

O jego biznesowej karierze napisać by można niejedną książkę i nakręcić niejeden film. Kiedy więc dowiedziałem się, że oto ukazała się biografia tego wybitnego przedsiębiorcy, od razu wiedziałem, że muszę ją mieć. O ile spodziewałem się, że raczej nie odkryję w niej gotowych rozwiązań na zdobycie fortuny, to liczyłem na poznanie sposobu myślenia miliardera i znalezienie wskazówek, na co przede wszystkim jako młody przedsiębiorca powinienem zwrócić uwagę na drodze do biznesowego sukcesu. Z niecierpliwością czekałem więc na lekturę i regularnie zaglądałem na sklepowe półki. Książka ukazała się 04 listopada 2015 roku i niedługo po tej dacie trafiła do mojej kolekcji.

book_kulczykPierwsze wrażenie bardzo pozytywne i obiecujące. Solidna, twarda oprawa. Z okładki spoglądająca na mnie dumna twarz najbogatszego Polaka. Niestety, później tak dobrze już nie jest – fatalne wykonanie powoduje, że kartki zaczynają po kolei wypadać z nowej przecież książki. Samą lekturę zacząłem od razu po powrocie do domu i dość szybko przeczytałem ją w całości. I choć, jak wspomniałem już wcześniej, byłem świadomy, że pewnych rzeczy na pewno w książce nie znajdę i że niemożliwym jest zmieszczenie dokładnego opisu całej kariery Kulczyka, to jednak po jej przeczytaniu poczułem spore rozczarowanie. Teoretycznie wszystkie najważniejsze momenty kariery biznesmena zostały uwzględnione – są opisane początki jego działalności, pierwsze przedsiębiorstwo, kilka największych transakcji. Ani jedna nie została jednak wyjaśniona w całości, sporo za to niejasności i niedomówień. Do tego spora część poświęcona „aferze taśmowej” oraz zdecydowanie zbyt długi fragment poświęcony biznesowym przedsięwzięciom ojca głównego bohatera – Henryka, które, choć na pewno bardzo istotne dla dalszych losów syna, to jednak za bardzo odbiegają od meritum.

Osobiście liczyłem na bardziej szczegółowe opisy nie tyle samych transakcji, co procesu decyzyjnego, który do nich prowadził. Dlaczego wybierał te konkretne przedsięwzięcia lub branże? Czy decyzje podejmował sam, czy też korzystał z grona doradców? Czy zrezygnował z jakiejś dużej transakcji, którą miał okazję przeprowadzić? Jakie poniósł po drodze porażki? Na te i wiele innych pytań nie dostałem odpowiedzi lub były one bardzo pobieżne. Zdecydowanie brakło też szerszej części o prywatnym życiu miliardera. Nie ma żadnych wypowiedzi znajomych ani rodziny, anegdot, ciekawostek z życia codziennego. Czy prowadząc tak rozległe interesy miał w ogóle czas na prywatne życie? Jak godził obowiązki zawodowe z rolą męża i ojca? To przecież ważne aspekty codziennego życia każdego z nas i Jan Kulczyk pewnie wyjątkiem nie był. Naturalnie, jak sam przyznawał, nie prowadził codziennych spraw swoich firm, gdyż robił to zatrudniony przez niego zarząd, jednak mnogość spotkań, często w różnych krajach tego samego dnia, musiała odbijać się na czasie wolnym. Bardzo mnie ciekawi, czy posiadając taki majątek ma się w ogóle trochę czasu tylko dla siebie? Bo to chyba jeden z wyznaczników wolności finansowej, do której osobiście wciąż dążę.

Książkę oczywiście i tak warto przeczytać, choćby dla sporej dawki inspiracji i motywacji do działania. Sam po skończonej lekturze przewertowałem książkę telefoniczną swojego telefonu i umówiłem kilkanaście spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, bo jak mówi sam doktor Kulczyk, najważniejsze to spotykać z ludźmi, bo to z nimi, a nie z firmami, robi się biznes.

Pozycja jest ogólnie dostępna w większości księgarni, zarówno stacjonarnych, jak internetowych.
Można ją nabyć np. w księgarni Matras, która udostępnia bezpłatny fragment książki do przeczytania:
Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • Wykop
  • LinkedIn
  • PDF
  • email
  • Drukuj

O grosz od 50 procent zysku z inwestycji

stock-exchange-913982_1920

Polski rynek akcji obserwuję od wielu lat. Moja aktywna przygoda z giełdą zaczęła się w roku 2005, gdy stawiałem pierwsze kroki w roli (szczęśliwie już byłego) pracownika banku. I choć większość ludzi ogarniał wtedy szał zakupów jednostek funduszy inwestycyjnych, mnie jakoś zawsze bardziej pociągały inwestycje bezpośrednio w konkretne spółki. Dodatkowo motywowała mnie świadomość, że sam ponoszę pełną odpowiedzialność za los swoich pieniędzy. I choć fundusze lubiłem i kupiłem ich jednostki także dla siebie, to traktowałem je raczej jako ciekawą alternatywę dla rzeszy tych klientów, którzy nie chcą poświęcać swojego czasu na analizę wykresów i fundamentów lub zwyczajnie nie interesują się tym tematem. Ja zaś, zarówno ze względu na charakter pracy, jak również swoje osobiste zainteresowania, robiłem to z czystą przyjemnością. Łączył nas oczywiście ten sam cel – zarobić. Najlepiej dużo i szybko.

Początkowo wszystko układało się po mojej myśli – ceny rosły, a wraz z nimi zwiększała się wartość moich aktywów. Przez kolejne dwa lata zwiększałem swoje zaangażowanie w rynek akcji. Dziś nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co w czerwcu 2007 roku, dosłownie na moment przed krachem wywołanym przez zapaść amerykańskiego rynku kredytów hipotecznych, skłoniło mnie do sprzedaży wszystkich posiadanych w portfelu walorów. Nigdy też się przesadnie nad tym nie zastanawiałem, skupiając się raczej na chwaleniu przed znajomymi, jaki to świetny ze mnie inwestor. Ich pochwały utwierdzały mnie zresztą w tym niezbyt prawdziwym przekonaniu. Okres kryzysu, który wtedy się rozpoczął, także dla mnie nie okazał się być zbytnio łaskawy, co odbiło się dość boleśnie na stanie moich osobistych finansów.

Po latach rozbratu z giełdą, a tak w zasadzie to z jakimikolwiek inwestycjami kapitałowymi, pod koniec ubiegłego roku doszedłem do wniosku, że najwyższa już pora, aby na rynek akcji powrócić. Wylizałem rany i mozolnie zacząłem odbudowywać swój portfel. Mimo, że notowania giełdowe bardziej lub mniej uważnie śledziłem przez cały okres przerwy, to potrzeba było kilku tygodni, aby na nowo wdrożyć się w temat. Moją uwagę od początku przykuł jeden z potentatów naszego rynku – KGHM. Cena 200 zł za akcję była już odległą przeszłością. Spółka od kilku miesięcy nie potrafiła wybić się ponad poziom 100 zł, co już wydawało się kwotą mocno atrakcyjną. A kurs od października 2015 wciąż spadał! Na początku stycznia byłem już pewien, że dokonam zakupu, pozostawało wybrać dogodny moment wykonania transakcji. Wiadome dla mnie było, że cena pięćdziesięciu kilku złotych za akcję, to nie jakaś tam okazja. To aż nieprzyzwoicie dobra okazja do zakupu. Byłem – i wciąż jestem – przekonany, że kurs poszybuje w górę. Nie miało dla mnie znaczenia, czy stanie się to w okresie miesiąca, roku, czy trzech lat. Przygotowane na zakup pieniądze z góry przeznaczone były na długi okres inwestycji. Decyzja więc zapadła – kupujemy, gdy tylko cena osiągnie poziom 50,xx zł za akcję – choćby to było 50,99 zł. Moja psychika koniecznie chciała kupić KGHM „po 50” 😀 Wpłaciłem pieniądze na rachunek maklerski, ustawiłem odpowiednie zlecenie i… czekałem. I wiecie co się stało? Kurs „zjechał” w ciągu sesji do równiuteńkich 51,00 zł, po czym odbił się do góry! Przez kilka kolejnych minut, godzin i dni jeszcze z nadzieją obserwowałem notowania, licząc, że lada chwila wróci do trendu spadkowego i moja transakcja zostanie zrealizowana. Tymczasem stało się dokładnie na odwrót. W krótkim okresie – zaledwie 6 tygodni – kurs osiągnął wartość ponad 77 zł za jedną akcję. Toż to wzrost o ponad 50%!! Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie… Przyznajcie się – kto zaliczył podobne wpadki? 🙂

kghm

Wniosek jest dość oczywisty i powszechnie znany. Ale dopiero na własnej skórze musiałem się przekonać, jak bardzo jest on prawdziwy. Nie będąc jasnowidzem niezwykle trudno jest trafić idealny dołek (zresztą identycznie wygląda sprawa ze sprzedażą – każdy marzy o trafieniu w najwyższy szczyt, co udaje się jedynie nielicznym). Ja dodatkowo padłem ofiarą samego siebie. Wiedząc, że cena jest już i tak bardzo atrakcyjna, chciałem „wyżyłować” z transakcji wszystko, co się da. Nie wiem, czy była to zwykła chciwość, czy może zdecydowało moje zamiłowanie do okrągłych liczb – fakt pozostaje faktem, że świetna okazja uciekła, a wraz z nią szansa na bardzo ładny zysk. Jestem naturalnie świadomy, że aby go osiągnąć należałoby jeszcze z równym szczęściem wykonać drugą część operacji, czyli w odpowiednim momencie sprzedać posiadane akcje, co też wcale takie oczywiste nie jest. Całkiem prawdopodobne przecież, że czekałbym aż cena osiągnie kolejny okrąglutki poziom. A czekałbym do dziś… Wiem o tym. Ale jak to mówią – niesmak pozostał 🙂

A Wy co myślicie o miedziowej spółce? Jest warta zainteresowania? I czy obecny kurs jest wciąż kuszącą inwestycją?
Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • Wykop
  • LinkedIn
  • PDF
  • email
  • Drukuj

Pierwszy milion

wolność finansowa

Dzień dobry 🙂

Witam Was serdecznie na moim blogu, czyli w miejscu, w którym będę opisywał swoje codzienne perypetie związane z kroczeniem po krętej drodze do finansowej wolności. Droga ta nie jest łatwa ani przyjemna, pełno za to na niej zakrętów i wybojów. Inspirujące historie osób, którym udało się przejść przez trudności i dotrzeć do celu pokazują jednak dość jednoznacznie, że warto podjąć próbę jej pokonania.

Czy komuś z nas nie marzy się wolność i całkowita niezależność?  Nie oszukujmy się – mało jest osób pracujących z własnej i nieprzymuszonej woli. Zdecydowana większość ludzi pracuje tylko i wyłącznie po to, aby zaspokoić codzienne potrzeby swoje i swoich najbliższych. A co by się stało, gdyby stan konta czy dochody pasywne pozwalały na beztroskie życie? Rzucilibyście pracę? Pewnie tak. A nawet gdybyście zdecydowali o kontynuowaniu zatrudnienia, to czy praca ta nie byłaby od razu przyjemniejsza? W moim odczuciu na pewno. Wiadomo, kilka miesięcy słodkiego nieróbstwa na pewno bym sobie zafundował, na dłuższą metę nie umiałbym jednak usiedzieć na miejscu nic nie robiąc. Pewnie zająłbym się jakimś biznesem, ale robiłbym to z chęci i pasji, a nie obowiązku. Wyczuwacie chyba tę subtelną różnicę?

Co więc trzeba zrobić, aby móc poczuć się wolnym? Teoria jest prosta – wolność finansową osiągniemy wtedy, gdy nasze przychody pasywne (a więc z odsetek, dywidend, najmu, itd.) przekroczą koszty życia codziennego.Prawda, że łatwe? W owej teorii nawet bardzo. Rzeczywistość jednak aż tak prosta nie jest. Jaką kwotę trzeba zgromadzić, aby zostać rentierem i żyć z posiadanego kapitału?

W mojej świadomości „od zawsze” dość głęboko zakorzenione było marzenie o zarobieniu miliona. Chyba spora część społeczeństwa ma takie marzenie. Od dzieciństwa słyszymy, że każdy chciałby mieć „bańkę” i na co by tę fortunę przeznaczył. Nie jestem wyjątkiem – od kiedy pamiętam, w moich myślach o finansach przejawiał się owy mityczny milion. Bardzo, naprawdę bardzo, chciałem go mieć. I wciąż chcę.

Znane powiedzenie mówi, że pierwszy milion trzeba ukraść – tak swoją drogą, wiecie, kto to powiedział? :), co może być pewną przeszkodą dla osób pozbawionych złodziejskich inklinacji. Ale czy to oznacza, że ci uczciwie pracujący nie mają szansy na zostanie milionerami? Nie, na szczęście zdecydowanie tak nie jest. Każdy jest kowalem swojego losu i tylko od nas samych zależy, jak się potoczy nasze życie – zresztą nie tylko to finansowe. Ja sam swojego miliona wciąż nie mam, ale ambitnie zamierzam to zmienić. I zrobię to.

Jakiś czas temu, wkrótce po ukończeniu studiów, zaplanowałem sobie, że osiągnę wolność w zakresie finansów, a co za tym idzie będę mógł przejść na emeryturę w wieku 40 lat. No cóż – jak mawiają często nasi sportowcy wkrótce po rozpoczęciu rozgrywek – matematyczne szanse na końcowy sukces wciąż są  Ale tak szczerze to zdaję sobie sprawę, że trochę przeszacowałem swoje możliwości. Plan od początku był zbyt ambitny i niestety będzie bardzo trudny do zrealizowania. I choć z moich obliczeń wynikało, że do jego realizacji nie będę potrzebował aż miliona złotych, to i tak prawdopodobnie nie uda się go w zakładanym terminie osiągnąć. Mowa oczywiście o posiadaniu odpowiednich środków, a nie ich zarobieniu w między czasie – mam nadzieję, że dla wszystkich jasne jest, że nie ważne, ile się zarobi, tylko ile z tego zostanie.

O czym będę pisał

Blog nie ma i prawdopodobnie nigdy nie będzie miał ściśle określonej tematyki. Pojawiające się wpisy będą związane z szeroko pojętymi finansami. Znajdziecie tu luźne przemyślenia dotyczące oszczędzania oraz inwestowania, a także moje własne koncepcje na temat zarządzania pieniędzmi i budowania swojej przyszłości. W żadnym wypadku nie jest i nie będzie to poradnik – nie jestem ekspertem, a uczę się głównie na swoich własnych błędach. Na pewno nie znajdziecie tu więc gotowej recepty na sukces, każdy z nas ma przecież inną sytuację, codzienne problemy i możliwości. Chciałbym jedynie, by czytanie było zarówno inspirujące, jak i motywujące do pracy nad Waszą własną finansową wolnością.

 

A czy będzie ciekawie? Ocenicie sami.

Miłego dnia!
Podziel się na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • Wykop
  • LinkedIn
  • PDF
  • email
  • Drukuj